Dzieje pszczelnictwa w Polsce cz. 1.

Bartnictwo i prawo bartne

W Polsce, tak jak na wszystkich terenach zajmowanych pierwotnie przez Słowian, chów pszczół był szeroko rozpowszechniony, a najstarsza jego forma — bartnictwo związana była ściśle z puszczami, jakie pokrywały kiedyś cały niemal obszar kraju.

Chów pszczół w barciach datował się zapewne od czasów, gdy nasi da­lecy przodkowie zaczęli prowadzić życie osiadłe, trudniąc się myślistwem i uprawą roli. Ta forma pierwotnego pszczelnictwa przetrwała w postaci nie zmienionej przez wiele wieków, tyle tylko, że barcie stawały się coraz mniej liczne. Ostatni bartnicy polscy jeszcze w początkach obecnego stu­lecia chowali pszczoły zupełnie tak samo jak przed tysiącami lat.

Niegdyś w Polsce nietknięte jeszcze siekierą puszcze o bogatym pod­szyciu krzewów miododajnych i obfitym runie leśnym stwarzały dosko­nałe warunki dla bartnictwa, pozwalając na świetny jego rozkwit.

Na drzewa bartne wybierano najczęściej stare, potężne sosny (rys. 5), rzadziej dęby, lipy, a jeszcze rzadziej świerki i jodły. Wybrany pień musiał mieć dostateczną grubość, aby po wydrążeniu w nim barci nie uległ złamaniu przez silne wiatry. Dość często drzewa bartne ogławiano przez ścięcie wierzchołka, aby w mniejszym stopniu były narażone na działanie wiatrów.

Upatrzone drzewo bartnik oznaczał własnym znakiem —- klejmem — wyrąbanym na korze. Przez wycięcie klejma lub, jak mówiono, nakłodzenie barci bartnik brał w posiadanie drzewo bartne, ale to zobowiązywało go do wyrobienia w nim barci przed upływem czasu określonego prawem bartnym. Jeśli „zadziane” drzewo do pewnego czasu nie zostało „dodziane”, to znaczy, że ten, który je naznaczył swym klejmem, nie zrobił w nim barci, mogło być wzięte w posiadanie przez innego bartnika.

Praca związana z drążeniem, czyli „dzianiem” barci, zwanej też, „dzienią”, nie była łatwa, jeśli wziąć pod uwagę, że odbywała się na wysokości przeważnie od 3,5 do 18 m. W celu dostania się na drzewo bartnik posługiwał się długim powrozem (a właściwie dwoma) splecionym z łyka lub konopi na kształt warkocza (z 4 sznurków), co zapobiegało jego skręceniu się. Wspinanie się na gładki pień drzewa przy użyciu tego tzw. leziwa (rys. 6) wymagało dużej umiejętności; trzeba było w pewien określony sposób opasywać pień, robić pętle pozwalające na oparcie nóg, umieć spuścić się z drzewa za pomocą części linki i ściągnąć tę jej część, która pozostała na drzewie. Posługiwanie się leziwem było więc umiejętnością, którą przede wszystkim musiał posiąść początkujący bartnik. Jeszcze przed drugą wojną światową żyli w Polsce starzy bartnicy, którzy chętnie demonstrowali ten starodawny sposób wchodzenia na drzewo z barcią.

Bartnik przystępujący do drążenia barci usadawiał się na ławeczce połączonej z leziwem, którym się opasywał. Praca jego polegała na wyrobieniu w żywym drzewie (od strony południowo-wschodniej) komory o następujących wymiarach: szerokość z przodu 10—15 cm, wewnątrz 20—35 cm, głębokość 35—40 cm, wysokość z przodu 40—95 cm, z tyłu 55—100 cm. Górna część barci nazywała się „głową”, dolna „nogami”, środkowa „ocznikiem”, a tylna „plecami”. Dno barci było poziome, co ułatwiało jej podmiatame. W celu ułatwienia sobie pracy przy drążeniu barci wybie­rano nieraz drzewa nadpróchniałe; chętnie wykorzystywano też naturalne dziuple, odpowiednio je powiększając. W jednym pniu robiono czasem, dwie i więcej barci, co ułatwiało ich obsługę.

Otwór barci zamykano ściśle dopasowaną deską (dłużnia, płaszka), a czasem zabezpieczano ją jeszcze przepołowionym okrąglakiem zwieszanymna kołkach, tzw. „śniotem”. Jako wylot dla pszczół służyło najczęś­ciej „oko” — otwór wywiercony w drzewie, o średnicy 2—3 cm. W oko barci wbijano długi klin — „oczkas”, który sięgał aż do tylnej ściany ko­mory i podtrzymywał budowę pszczelą, a równocześnie zwężał oko.

Praca związana z drążeniem barci trwała 2—3 dni; posługiwano się przy tym tylko siekierą i długim dłutem — „piesznią”. W sosnach barcie wydrążano jesienią, a w drzewach liściastych na wiosnę. Na zjmę gotową barć zamykano, wiosną zaś otwierano w celu przewietrzenia, a w porze rozpoczynającej się rójki skraplano wnętrze „zanętą” — specjalnym wywarem z wonnych ziół z dodatkiem miodu i wosku. Zabieg ten miał zwabić rój do przygotowanego pomieszczenia. Bartnicy mieli własne przepisy na dobrą zanętę i strzegli ich zazdrośnie przed innymi.

Skoro już rój leśnych pszczół osiedlił się w barci, praca bartnika pole­gała na tym, aby na wiosnę sprawdzić, czy rój żyje, wymieść z dna ko­mory martwe pszczoły, a jesienią „ogacić” zamknięty otwór garścią chru­stu lub gałązek świerkowych założonych pod „śniot” lub przymocowanych do zamykającej barć dłużni. Najważniejszą czynnością było podbieranie miodu („kleczenie”). Górną część plastrów napełnioną miodem nazywano „oklekiem”.

Miodobranie odbywało się zwykle jeden raz — w sierpniu, a w wy­jątkowo pomyślne lata dwa razy: w lipcu i we wrześniu. Plastry z miodem, podrzynał bartnik od dołu i wkładał je do naczynia, które spuszczał na sznurze pomocnikom. Musieli oni rozpalić pod drzewem bartnym ognisko, od którego zapalano „zubel” (wysuszoną hubę przymocowaną do kija), czyli przyrząd do podkurzania pszczół. Wyjęte z barci plastry z miodem ulegały przeróbce: miód odcedzano na sitach i zlewano do naczyń glinia­nych lub lipowych, a plastry zalewano wodą, aby rozpuścić resztę miodu i uzyskać napój zwany sytą. Woszczynę roztapiano w piecu, wosk wy­ciskano przez płótno i klarowano.

Na podstawie pojemności barci obliczono, że jej przeciętna wydajność miodowa wynosiła do 8 kg. Natomiast produkcja wosku w okresie rozkwi­tu bartnictwa nie tylko zaspokajała dość wysokie zapotrzebowanie krajo­we, ale pozwalała na coroczne wywożenie znacznych ilości tego produktu za granicę.

Pierwsi bartnicy byli jednocześnie myśliwymi; tępili oni niedźwiedzie, groźnych amatorów miodu, pierwotną bronią. Późniejsze prawa książąt i królów zabraniały bartnikom noszenia broni. Barcie chroniono przed niedźwiedziami za pomocą specjalnych urządzeń. Były to „samobitnie”, czyli kłody drewna zawieszane przy otworach barci na mocnych pętlach ze skręconych cienkich dębczaków czy brzózek. Kłoda zagradzająca dostęp do barci uderzała z coraz większą siłą odpychającego ją niedźwiedzia i na koniec strącała go zwykle z drzewa.

Inny typ urządzenia chroniącego barć stanowił „odenek” — pomost z mocnych desek otaczających drzewo bartne poniżej dzieni, od spodu na­bity ostrymi kołkami. Uniemożliwiał on niedźwiedziowi dostanie się do barci.

Ówczesne puszcze były przeważnie własnością książąt lub biskupów. Za prawo użytkowania czy posiadania barci płacono pewną daninę w mio­dzie (tzw. prowent). Dochody z bartnictwa wpływające do skarbca kró­lewskiego czy szkatuły magnatów były znaczne w porównaniu z uzyski­wanymi z innych gałęzi gospodarstwa. Toteż bartnicy byli obdarzeni pewnymi przywilejami: zwalniano ich z pańszczyzny na okres prac przy pszczołach, mieli prawo korzystania z łąk leśnych i zarybionych wód, wy­wożenia drzewa z lasu i polowania na drobną zwierzynę (za prawo polo­wania płacili „kunowe”).

W Polsce bartnictwem trudniono się od zarania jej państwowości, a na­wet i wcześniej. W niektórych okolicach, np. w Puszczy Kurpiowskiej czy Kozienickiej, powstały duże ośrodki, w których bartnicy stanowili pew­nego rodzaju bractwo rządzące się własnym prawem, regulującym wza­jemne stosunki. Stare to prawo zwyczajowe dla niektórych rejonów zo­stało spisane i przechowało się do naszych czasów, dając pojęcie o orga­nizacji dawnych bartników polskich. Tak np. prawo bartne dla Mazowsza zostało spisane i wydane drukiem w XVI i XVII wieku. Powstało ono jednak, oczywiście, o wiele dawniej, o czym świadczy brzmienie jego arty­kułów. Bartnicy Puszczy Kurpiowskiej tworzyli stowarzyszenie ludzi jednego rzemiosła, a ten, kto chciał do niego przystąpić, musiał się wy­kazać „dobrą sławą” i złożyć przysięgę na posłuszeństwo sądowi bartne­mu, złożonemu z ludzi wybranych przez bartników. Bartnicy wybierali też spośród siebie starostę bartnego; a wybór ten musiał być zatwierdzony przez starostę królewskiego. Starosta bartny pobierał daninę od wszyst­kich bartników i dozorował ich pracę, aby odbywały się bez szkody dla lasów. Sprawy sporne rozstrzygał sąd bartny; od jego wyroków można się było odwołać do starosty bartnego.

Prawo bartne dla Mazowsza przewidywało dość surowe kary za uszkodzenie znaku bartnego czy spalenie drzewa z barcią. Największe przestęp­stwo — „wydarcie” pszczół z barci karano niekiedy śmiercią. W obszernych artykułach ujęte było prawo spadkowe; celem niektórych jego prze­pisów było utrzymanie zespołów barci (zwano je „borami”) w rękach jednego rodu. Przechodziły one w całości z ojca na syna; kobiety były spłacane przez spadkobierców męskich. Barcie każdego „boru” znaczone* jednym znamieniem bartnym. Znak taki, złożony z kresek (wycinany siekierą), musiał być zatwierdzony przez sąd bartny, a potomkowie bartnika również go używali. Do wpisywania aktów sprzedaży borów, a także umów, działów spadkowych itp. służyły księgi bartne. Niektóre z nich, jak cztery księgi bartne z Nowogrodu Łomżyńskiego, zachowały się dobrze do dziś.

Znane jest także prawo, jakim rządzili się bartnicy w Puszczy Kozienickiej; nosili oni tam miano „obelników”. Prawo, jakiemu podlegali, zwa­ne „obelnym”, obowiązywało niegdyś na terenie całego starostwa radom­skiego i soleckiego. Prosty i treściwy kodeks tego prawa, spisany prawdo­podobnie w XVII w., zawiera kilkanaście artykułów, podobnych w zasa­dzie do figurujących w mazowieckim prawie bartnym. Obelnicy podlegali staroście obelnemu, obieranemu przez zgromadzenie bartników. Sprawy sporne rozstrzygał sąd obelny. Prawo obelne przewidywało kary pieniężne za zniszczenie drzewa bartnego czy kradzież roju; o karze śmierci jednak nie mówiło. Obelnicy z tamtejszych puszcz królewskich byli nie tylko użytkownikami barci, ale właścicielami drzewa bartnego, uważanego za ojcowiznę, a więc za własność dziedziczoną.

Przeczytaj część drugą.

Źródo: Hodowla Pszczół – Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *